O autorze
Wychowałam się w Kałdusie - 200-osobowej wiosce w woj. Kujawsko-Pomorskim. Tam spędziłam pierwsze 18 lat życia. Potem wyjechałam do Włoch, Kostaryki, na Kubę. Studiowałam dziennikarstwo, kulturoznawstwo i PR, zdobyłam też dyplom młodego rolnika. Działałam w wielu organizacjach pozarządowych. W 2008 roku założyłam Fundację Form i Kształtów, w której zrealizowałam kilka autorskich projektów - Plac Zabawiciela, Teren Budowy, Grzybobranie, Robale...Niedawno zostałam niminowana do tytułu Człowieka Roku Plebiscytu Wdechy Gazety Wyborczej. Wdechę zdobył Robert Więckiewicz, zatem pozostaję Prawie Człowiekiem Roku 2011.

„Sauna w wiewiórce” – czyli moja rozmowa z Florentijnem Hofmanem

Oglądałem reklamę jogurtu, w której mówili, że dzieci, które zbiorą najwięcej opakowań, wygrają podróż łodzią. Dla dorosłych nagrodą była kaczka do wanny. W jednej części ekranu pojawiła się płynąca łódź, a w drugiej ta żółta kaczka. Pomyślałem, że to genialne i dlaczego nie zrobić żółtej kaczki wielkości łodzi, która pływałaby błogo rzekami świata…


Florentijn: Czego się napijesz? Kawy? Herbaty? O nie, poczekaj, skończyły się, może być woda? A, nie, jest jeszcze herbata. Zanim zagotuje się woda możesz poprzeglądać sobie książki, albo zobacz ślimaka, leży tam na biurku…



Ja: Duży jak na ślimaka…
F: To prototyp, te które robię teraz w Angers we Francji będą miały 16,5 metra długości każdy. I będą wchodziły po schodach prowadzących do katedry.

J: A te dwa małe?
F: To prototypy prototypu. Jak byłem mały to dostawaliśmy takie u dentysty jak byliśmy grzeczni. Mam tego sporo – zwierzęta z farmy, niebieski motyl, pająki. Trafiam na te rzeczy w różnych miejscach i zawsze czuję, że musze je mieć, że kiedyś mi się do czegoś przydadzą. Ostatnio bardzo zainteresowały mnie wiewiórki. One zbierają na zimę orzechy i chowają je w różnych miejscach, niestety mają krótką pamięć i zapominają gdzie są te skrytki. Potem po prostu znajdują i zjadają orzechy innych wiewiórek. To całkiem zabawne.

J: I gdzie zrobisz taką wiewiórkę?
F: W Rosji. Ma stanąć w Perm na rok czasu. Chcę żeby miała 12 metrów wysokości i wejście do brzucha przez ogon. A w środku różne aktywności.

J: Bar z wódką? A w orzechach sale wytrzeźwień?
F:Haha, albo sauna!

J: Stół do pink ponga, a orzechy niech jeżdżą na wrotkach…Ej, Florentijn, zróbmy coś takiego w Warszawie.
F: Uoh, Warszawa jest… ostra. To wyzwanie. Chodź na herbatę.

J: Czyli zbierasz te zabawki do worków, segregujesz, a potem dzwonią z instytucji, żeby coś zamówić, a ty mówisz: Ok., mogę wam zaproponować hipopotama! Za drogi? Ok, to może coś mniejszego? Może żółwia, który jedzie na deskorolce?
F: Wiem, że moje instalacje są dość proste w odbiorze, ale one często są efektem długiej pracy z ludźmi. Aby rzeźba przyjęła się w jakimś miejscu ludzie musza wiedzieć po co ona jest i rozumieć idee. Tylko wtedy króliki, kaczki i grube małpy będą zaakceptowane i nie zniszczone. Ludzie nie lubią nie wiedzieć o co chodzi. Czuć, że ktoś się z nich naśmiewa.

J: Niedźwiedzia z poduszką budowałeś 4 lata?
F: Jakoś tak. Niedźwiedź stanął w jednej z trudniejszych dzielnic Amsterdamu. Spotykałem się wiele razy z okolicznymi mieszkańcami, opowiadali mi o specyfice okolicy. Niewiele się w niej działo i potrzebny był punkt spotkań. Zaproponowałem niedźwiedzia, który symbolizowałby okolicę, a ludzie mi na to, że nie są ani tak niebezpieczni, ani tak silni jak niedźwiedzie. Zapytałem, czy gdyby on trzymał pod pachą miękką poduszkę, czy byłby dla nich bardziej niedźwiedziem z sąsiedztwa, który wyszedł się przejść?

J: I się przekonali?
F: Tak, a ja dobudowałem im specjalne schodki pod nogami misia, żeby mogły się przy nim umawiać, siedzieć i rozmawiać. Na zasadzie ok., spotkajmy się za 5 minut pod niedźwiedziem.

J: Z ilu japonek zrobiłeś Grubą Małpę?
F: Ponad dziesięciu tysięcy. Japonki są dla Brazylijczyków jak tulipany dla Holendrów. Każdy klapek był jakby jednym pikselem w ciele małpy. Przy instalacji pomagało mi 10 osób przez 2 tygodnie, potem klapki rozdaliśmy ludziom, rzucali się wręcz na nie, a my z wysokości skakaliśmy na małpę. To była świetna zabawa.

J: I dlaczego ta 15 metrowa małpa leżała w centrum Sao Paulo?
F: Leżała między wieżowcami, w pobliżu ruchliwej ulicy, gdzie wszyscy biegają, zestresowani rozmawiają przez telefony, panikują, że zaraz skończy się świat. I nagle widzą wielką małpę, która rozłożona jak na plaży z uśmiechem patrzy w niebo…

J: I jak reagują?
F: Zbiegali do nas z wieżowców z aparatami. Pojawił się nawet szef banku, który wypatrzył ją z sześćdziesiątego piętra. Przyszedł z córką i zaproponował, żebyśmy wpadli do jego biura i zrobili zdjęcia stamtąd bo widok jest dużo lepszy. Generalnie, pierwsze wrażenie jest zawsze takie samo, ludzie się zatrzymują i patrzą z niedowierzaniem. Potem reakcje dzielą się na dwa rodzaje – jedni stukają się w głowę i odchodzą, drudzy podnieceni wyciągają telefony i robią zdjęcia.

J: A jest jakaś osoba, która szczególnie zapadła ci w pamięć?
F: O tak! Jak robiłem piżmaka z trzciny w Nieuwerkerk przychodziło do mnie strasznie dużo osób i pytało co to będzie itd…

J: O rety, a ja byłam pewna, że to bóbr!
F: Nie, no jak, przecież od razu widać, że to piżmak! Bobry mają zupełnie inne ogony. Piżmaki są ogólnie wrogiem publicznym nr 1 w Holandii. Jest cała 400-osobowa ekipa pogromców piżmaków opłacana przez rząd. No i oczywiście podczas odsłonięcia rzeźby pojawił się jeden z takich łowców. Miał tatuaże piżmaka na ciele, pasek z piżmakami, bransolety z figurkami piżmaka, niezły świr. Zamarłem na chwilę jak go zobaczyłem, a on przyjechał, żeby zrobić sobie ze mną zdjęcie! Był przeszczęśliwy. Powiedział, że widział wiele piżmaków w swoim życiu, ale takiego olbrzyma nigdy. Pamiętam też, jak zabierałem kaczkę z Belgii. Ludzie przyszli nad wodę, kiwali do kaczki i płakali. Żegnali się z nią jakby to był pogrzeb bliskiej osoby.


J: Pewnie też bym płakała, ale wiesz, że moim ulubieńcem jest twój królik, który spadł z nieba. Dlaczego on leżał w Szwecji tylko przez 3 miesiące? Miałeś problem z pozwoleniami na instalację trwałą?
F: Nie, zrobiłem to specjalnie. Powiedziałem – dajcie mi plac z jakimś nudnym pomnikiem, na który nikt nie zwraca uwagi i kilka miesięcy, a ja sprawię, że o tym pomniku będą wiedzieli wszyscy. Zrobiłem gigantycznego królika, który przysłonił tamten pomnik, ludzie przechodzili, niedowierzali własnym oczom. Pokochali go. Dzieciaki przychodziły tam z własnymi pluszakami, siadały mu na uszach.

J: I kiedy już prawie byli z nim oswojeni Ty go zabrałeś.
F: Tak. Myślę, że to dużo lepsze. W ten sposób królik pozostanie w ich pamięci, zmieni sposób postrzegania tego placu, ludzie widzą go oczyma wyobraźni, mimo że już go tam w rzeczywistości nie ma. A ten drugi pomnik, Engelbrekta, stoi tam od lat w dalszym ciągu, tyle tylko, że teraz ludzie na niego wskazują i mówią – o patrz to ten pomnik, który był zasłonięty wielkim królikiem.

Trwa ładowanie komentarzy...